rok 1913
15 czerwca
Na koniec jesteśmy w tajdze. Szliśmy po bardzo ciekawej, ale uciążliwej tak dla koni , jak i dla ludzi drodze przez 5 godzin, a przejechaliśmy tylko ze 20 wiorst. Z początku skręciliśmy z Riachtińskiego traktu, na trakt były, teraz już zupełnie zarzucony. Z lewej strony jechaliśmy prawie po samym brzegu skłonu góry. W dole rozścielał się gęsty las, dalej wysokie góry, widok bardzo ładny. Z traktu skręciliśmy na wąską ścieżkę. Tu zaczął się sam smak. Przez co tylko nie przyszło się przejechać. Gdzieniegdzie trzeba było torować drogę siekierą, co robił idący na przedzie robotnik. Konie ciągle się potykały, a mój i Stasika upadły po razu. Oprócz tego w jednem błocie ugrzęzły 2 konie nawjuczone po sam brzuch. W tem miejscu zsiedliśmy ze Stasiem z koni i przeprowadziliśmy je przez błoto, wybierając gdzie suszej. Ciągle to wjeżdżaliśmy, to zjeżdżaliśmy z góry, niekiedy bardzo stromej, tak że trzeba było mocno odchylać się w tył na siodle. Dobrze, że nie było deszczu, a więc nie ślisko, inaczej było by bardzo źle, bo czasem dróżka szła po zupełnie stromym skłonie góry i pochyło. Czem dalej, tem dziczej się robiło. Czasem ścieżka zupełnie ginęła, drogowskazem naszym cały czas były nacięcia zrobione na drzewach. Znaki te robili inżynierowie-komunikanci przy zeszłorocznych "izyskanjach". Przechodziliśmy przez błota i rzeczki bystre, gorące dymiące się popieliska, przez miejsca pokryte samemi kamieniami i belkami. Po dróżce lepiej wyznaczonej nie było o wiele lepiej: ciągle przełaziliśmy przez pnie, zwalone drzewa, korzenie, kamienie. Ciągle trzeba było się mieć na baczności i uważać na drogę, bo i w górze dla głowy i oczu, groziło niebezpieczeństwo od gałęzi, tak raz zagapiłam się i gałąź zerwała mi czapkę. Właśnie ta trudność drogi, związana z szeregiem mogących być przygód podbudzała nerwy i robiła drogę nadzwyczaj ciekawą. Szliśmy cały czas po rzeczce Zarijacie - aż do miejsca, gdzie ona wpada do Manturichy, na brzegu której i rozłożyliśmy swoje pałatki. Okrąża nas las - pichty, cedry, jodły, sosny i brzozy. (Po drodze widzieliśmy olbrzymie, grube cedry). Pichty bardzo ładne, mają znacznie dłuższe igły, wyglądają puszyściej, kora zupełnie gładka, są bardzo sympatyczne, bo nie kolą, a mają igły miękkie. Manturicha dość szeroka rzeczka, bystra, przezroczysta. Dobrze tu, bo już zupełnie dziko - trakt daleko i ludzie jeszcze nie skazili kulturą tych dzikich zakątków. - Przez rzeczkę przerzucone grube suche drzewo. Służy nam do przechodzenia na drugą stronę.
16 czerwca
Dziś mamy pierwszy dzień pochmurny od naszego wyjazdu z Mysowska. Staram się teraz codzień zapisywać do dziennika, bo inaczej potracimy dnie.
Trawa tu bardzo bujna, liście ogromne niektórych roślin. Dużo porzeczkowych krzaków w lesie. Spirea dziko rośnie.
Tylko co właziliśmy na górę, która leży po drugiej stronie rzeczki naprzeciw naszych pałatek. Przeszliśmy 80-90 sążni, nie doszliśmy jednak do wierzchołka (wszystkiego 100 sążni), bojąc się spotkania z niedźwiedziem. Z powrotem formalnie zjeżdżaliśmy, bo bardzo stromo i góra pokryta rozdrobnionym miałko granitem i sosnowemi igłami. (drzewa przeważnie sosny). Zatrzymywaliśmy się o leżące potężne belki, które prawie wszystkie są spróchniałe we środku. W jednem miejscu właziliśmy do jaskini z ogromnych głyt granitu jak by naumyślnie nagromadzonych. Z góry szeroki i daleki widok na inne góry, których widać 8 (porośnięte one lasem) i na naszą dolinę pokrytą drzewami. Przez binokl widać na jednej z gór ogromne polany, które prostem okiem wyglądają niewielkiemi łysinkami z przerzedzonym lasem. Zjedliśmy po pierwszej poziomce w tym roku. Brusznic kwitnących bardzo wiele wszędzie.
Dziennik podróży (1913-1914) po Zabajkalu (fragmenty)
autorka - Małgorzata Hrebnicka (1890-1975), żona polskiego geologa Stanisława Doktorowicz-Hrebnickiego (1889-1974). Dziennik przygotowywany do wydania w Polsce.
zdjęcia: Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki
na zdjęciach - autorka
copyright: c 2008 Andrzej Rejman wszelkie prawa zastrzeżone are44@wa.home.pl